Zbieram się do pisania tej notki i jakoś nie mogę, ponieważ mój umysł się buntuje przeciw temu, co przekazują moje zmysły.
Żyję w XXI wieku, wydawałoby się, że w cudownych latach gdzie nikogo nie dziwią samochody, komputery, przeszczepy serca i loty w kosmos. Jeszcze jakieś 20 lat temu będąc nastolatką zaczynałam zaczytywać się w sf. Przewracając kartki książek podskórnie czułam, że jeszcze kiedyś za mego życia wylądujemy na Marsie, a postęp naukowy i społeczny będzie przyśpieszał w sposób geometryczny. Niestety, gdy zaczęłam dorastać, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę świat, jaki pokazywano mi w szkole, niczym nie różni się od tego przedstawionego w książkach sf. Że jest tylko niedoścignionym marzeniem, a tak naprawdę nasz świat wcale nie posunął się o krok od czasów średniowiecza. Jest tylko jedna „drobna” różnica.
W X wieku brakowało wiedzy… na terenie europy raczkowaliśmy w każdej dziedzinie, a te okruchy wiedzy, jakie istniały, były pilnie strzeżone. Teraz tysiąc lat później wiedza leży dosłownie na ulicy, a wręcz jest przymusem pchana do łbów ludzi. I cóż z tego, skoro hołota uważa, że wiedza to coś złego i woli wierzyć w gusła i woli gnić w mrokach średniowiecza? Ba, w średniowieczu ludzie byli gotowi ryzykować życie, by poznać świat. W zasadzie mało obchodzą mnie ludzie i ich sposób życia. Do momentu, gdy ich działania nie odbijają się na mnie- według mnie mogą sobie robić, co chcą. Już dawno pochowałam chęć pomagania uciśnionym, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę oni tej pomocy nie potrzebują. Żyję w świecie, w którym ludzie wierzą, że gipsowe kiczowate figurki lub tęczowe plamy po benzynie sprawią, że odrosną im ręce. Wierzą, że nieistniejąca witamina wyleczy ich z raka, a smugi kondensacyjne to wynik tajnego spisku (o którym wie każdy, kto kiedykolwiek podłączył się do sieci) ludzi jaszczurek, mającego na celu wyniszczenie ludzkości. I wiecie co- niech sobie wierzą w to. Czasem się wkurwiam, że to jest jak wirus, którym świadomie infekują umysły innych naiwnych, ale to wkurwienie szybko mi przechodzi. Skoro ktoś jest takim idiotą, że woli wierzyć w to niż włączyć komp czy kupić książkę i sprawdzić, jaka jest rzeczywistość- to jego sprawa, niech sam się wyeliminuje z gry na własne życzenie. Przy odrobinie szczęścia nie zdążył się jeszcze rozmnożyć i przekazać swoich genów i memów potomstwu. Krew zalewa mnie dopiero wtedy, gdy gusła i impotencja umysłowa paru idiotów sprawia, że i ja muszę żyć w średniowieczu.
Z powodu tych guseł, jakimi są dla mnie zarówno idea religii jak i idea narodu, państwa itp. muszę pozostać płodnym zwierzęciem. Piszę zwierzęciem, bo tak postrzegana jestem przez te relikty wieków średnich. Ludzie o znacznie niższym IQ ode mnie, o znacznie mniejszej wiedzy ode mnie, decydują o mym losie tak, jak właściciel psa decyduje o tym, czy go wykastrować czy zmusić do rozrodu. Tak jak ten pies nie mam prawa decyzji o swej płodności. W tym kraju, w którym „władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia.”[1] W zasadzie nie istnieje edukacja seksualna. Taka metoda strusia – jak się nie będzie patrzeć, to problem zniknie. Wszak w kraju jest za mały przyrost naturalny, a ktoś musi harować na nasze emerytury i nowe świątynie. Przeszczepmy wiec na nasz grunt wierzenia dawnych Aborygenów. Seks nie jest związany z ciążą. Nieświadome rzesze będą nam płodzić roboli, którzy zapracują na nasze emeryturki. A to, że przy okazji zdarzy się trochę nieszczęść ludzkich, że niejednemu młodemu zawali się życie, to drobiazg. Zwierzę nie istnieje po to by być szczęśliwe, lecz po to by dawać nam zysk, wszak w piśmie napisano: „Czyńcie sobie ziemię poddaną.” A tych, co się jednak wychylą i wydedukują samodzielnie można obwarować przepisami i innymi gusłami. Bo gusła nie ograniczają się jedynie do religii, równie dobrze mają się w nawet bardzo wyedukowanych warstwach naszego społeczeństwa. To jest chyba najbardziej przerażająca zbrodnia, jakiej może dopuścić się człowiek: świadome odrzucenie dostępnej wiedzy i kierowanie się bajkami. Pomimo, że w tym kraju nie ma ŻADNEGO przepisu zabraniającego sterylizacji, nie mogę się jej legalnie poddać, ponieważ wśród lekarzy dominuje przekonanie, że jest to przestępstwo z artykułu kodeksu karnego mówiącego o ciężkim uszkodzeniu ciała poprzez pozbawienie zdolności płodzenia. Z powodu błędnego domniemania muszę pozostać płodnym zwierzęciem, któremu dodatkowo zakazuje się ewentualnego poddania się aborcji. Wszak skoro mogę uprawiać seks- to MUSZĘ chcieć mieć dziecko. Jako kobieta MUSZĘ chcieć mieć dziecko, muszę mieć coś, czego nigdy nie miałam – instynkt macierzyński? Zwierzęta przecież same nie wiedzą, co czują i co dla nich dobre. I do tej pory wiedza i własne starania chroniły mnie przed niechcianym macierzyństwem. I jeszcze upór. Tak właśnie upór, bo tak jak niemal każda kobieta, która świadomie podchodzi do tej kwestii, zaliczyłam przepychanki z ginekologami czy farmaceutami, którzy przedkładają gusła nad swoją zawodową powinność. Bardzo dobrze pamiętam ich natarczywe próby zbawienia mej duszy, dbania o moją przyszłą pewną chęć posiadania dziecka, gdy prosiłam o tabletki antykoncepcyjne lub o Postinor.
Resztętych, którzy pragną ubezwłasnowolnić kobity, można odnaleźć tutaj.
Teraz ci ludzie chcą mi zabrać nawet to. Garstka nawiedzonych ludzi, którzy uważają, że ich poglądy mają być jedynymi obowiązującymi, że mają prawo wedle swych guseł dbać o dusze tych, którzy nie podzielają ich poglądów (wszak wiedzą lepiej od zwierzątek, co jest dobre a co nie). To nie jest jednak najgorsze, bo tacy zawsze istnieli. Najgorsze jest to, że owi „lepsi” w XXI wieku, gdzie na każdym kroku pieje się hymny pochwalne o demokracji, pluralizmie, wolności, zyskują posłuch tych, którzy powinni stać na straży wyżej wymienianych cech. Demokratycznie wybrani przedstawiciele społeczeństwa, w którym 51 % stanowią kobiety, nie odrzucają projektu ustawy, której celem jest ubezwłasnowolnienie kobiet. Ustawy, która zmusi do rodzenia dzieci, które nie są wynikiem świadomej decyzji już nawet nie o posiadaniu dziecka, ale o uprawianiu seksu. Która nie tylko zmusi kobiety do rodzenia dzieci pochodzących z gwałtu, ale i zmusi do noszenia ciąży, która będzie przyczyną zgonu kobiety. Ci „święci” wiedzący lepiej, głoszący piękne hasła o ochronie życia poczętego, stawiają wyżej życie kilku komórek, z którego MOŻE powstać życie, niż życie dorosłej kobiety. Problematyczne jest także to, że w tym kraju przedstawiciele niemal wszystkich partii opowiedzieli się za dalszymi pracami nad tym projektem. I nie ma tu znaczenia czy głosowali tak z powodu wiary w swoją lepszość moralną czy z powodu dbania o swój interes polityczny.
Większość jest przeciw demokracji, przeciw czemuś, co podobno jest fundamentem istnienia tego państwa. Skoro fundament jest czystą iluzją- to jak tu popierać gmach, który na nim został zbudowany?